...napisane czasem nie na temat.
Kategorie: Wszystkie | na bieżąco... | szkice ołówkiem | terefere | w ogrodzie
RSS
czwartek, 06 kwietnia 2017
dzień świra

 

 

ileż razy można oglądać "dzień świra" i śmiać się przy tym do łez?

 

wtorek, 28 lutego 2017
wafel, przez większość nazywany wedelem

 

 

piątek, 17 lutego 2017
czasem warto się postawić.

 

 

...nawet jeśli to jest tylko nfz i sprawa można by rzec całkiem błaha. a że zawsze się stawiam, wbrew tej przypowiastce o pokornym cielęciu, którą bezskutecznie jeszcze moi rodzice starali mi się wpoić, więc i nic w tym dziwnego.

pod koniec 15 roku mój lekarz rodzinny sporządził wniosek o skierowanie mnie do sanatorium. pozałatwiałem te wszystkie wyniki, jakieś tam zaświadczenia od różnych specjalistów i wszystko to, co trzeba było. w ankiecie zaznaczyłem, że oczekuję skierowania mnie na tereny podgórskie bądź górzyste a nawet wbrew intencjom twórców tego druku samowolnie wpisałem "Lądek- Zdrój". lekarz rodzinny pieczątki poprzystawiał, dopisał to co miał dopisać a ja zacząłem cierpliwie czekać. po jakimś czasie otrzymałem kod dostępu i mogłem sobie w internecie sprawdzać co też instytucja z moim wnioskiem poczyna. mijały tygodnie a ja skrzętnie, na karteczce zapisywałem swoją lokatę w wyścigu po to swoiste "złote runo". zacząłem od trzynastu tysięcy z hakiem i tak tydzień po tygodniu zapisywana na karteluszku cyferka miała coraz to mniejszy ciężar. dwanaście tysięcy dwieście pięćdziesiąt siedem... sześć tysięcy sześćset jedenaście... jeden tysiąc trzysta szesnaście... dwieście czterdzieści osiem... aż w końcu, w sześćdziesiątym piątym tygodniu mej inwigilacji dowiedziałem się, że skierowano mnie do sanatorium w Wieńcu-Zdroju. Zaintrygowany szukam na mapie gdzież to w górach takowe coś jest i znajduję wieniec leżący pod włocławkiem. o nie, myślę sobie i postanawiam coś z tym zrobić. po dniach kilku przychodzi pismo z nfz-tu, gdzie już całkiem namacalnie, papierowo, czarno na białym widnieje, że mam to, co mam. postanawiam zadzwonić do szacownej skądinąd instytucji.

na stronie "naszego" nfz-tu widnieją dwa numery telefonów. komórkowy i stacjonarny. dzwonię z komórki na komórkowy, bo wydaje mi się to oczywiste, że tak właśnie by należało. automat informuje mnie, że należy dzwonić pod numer stacjonarny. aha.

dzwonie pod stacjonarny a tu, o proszę przygotowany dla takich intruzów jak ja tor przeszkód. ...wybierz pięć, ...wybierz siedem, ...wybierz jeden, ...wybierz dziewięć, ...wybierz dwa, i po którymś tam wybierz ileś tam trafiam na sygnał oczekiwania. pokornie czekam, aż w końcu, po minut nastu niemiły głos zaprasza mnie do rozmowy. wyłuszczam, że dostałem, że chciałem, że mam... a tu proszę, mój głos okazuje się być kamyczkiem inicjującym lawinę. dowiaduję się, że to nie ja stanowię, że od tego jest lekarz orzecznik, że nie dość, że ludzie, w tym wypadku, ja, ludź otrzymują to jeszcze grymaszą, wręcz dostaję do zrozumienia, że jestem bezczelny i pozwalam sobie na zbyt wiele tym, że chcę tam gdzie ja chcę a nie tam gdzie by chciał lekarz, który ode mnie wie lepiej gdzie ja chcieć powinienem.

rozmowa całkiem bez sensu. rozłączam się.

w złości odręcznie skrobię na kartce formatu a4 nie dbając o kaligrafię rezygnację ze skierowania. motywuję, że chciałem, że w ankiecie napisałem, i że tylko to może mnie usatysfakcjonować.

poczta. tak, tak... to coś jeszcze funkcjonuje. taki postkomunistyczny skansen. polecony. kolejka jak diabli. stoję jak debil, mało nie spóźniam się do pracy. jeszcze przed samym nosem z trzech aktywnych okienek pozostaje jedno. tak jakoś jakby celowo na mój widok najpierw z lewej pyk... i "okienko nieczynne". po chwili takie samo pyk z prawej. no nie odejdę przecież jak jestem pierwszy a za mną cały tabun bydła kopytkami tupie. z nadzieją patrzę na okienko środkowe, dziadek przy okienku czegoś nie wie, nie potrafi zrozumieć... gość w okienku cierpliwie tłumaczy a czas nieubłaganie płynie. z coraz większą złością patrzę na plecy dziadka, ze strachem patrzę na leżącą z boku tekturkę zastanawiając się czy też przypadkiem za chwilę nie wyląduje toto w jamie wrzutowej okienka. nie wylądowało. udało mi się wysłać moje pismo razem z tymi wszystkimi kwitami jakie mi przysłał nfz.

po dwóch dniach od mego bycia na poczcie przyszło mi na myśl by zajrzeć na stronę nfz-tu. a tu... nie, no czegoś takiego się mimo wszystko nie spodziewałem. prędzej bym z przekonaniem, że tak właśnie miało być odkrył, że moja stronka została usunięta, skasowana, że już mnie tam nie ma a nie to, że skierowano mnie do Lądka-Zdroju. do sanatorium niemal na wprost położonego od pewnego domku... oddzielonego tylko potokiem od alei marzeń... niemal też i w czasie, po tuż po świętach wielkiej nocy, jeno tylko te drobne kilkadziesiąt lat później... czekać mi teraz tylko pozostało na przesłane pocztą papiery.

...i fajnie.

 


niedziela, 30 października 2016
o sprawiedliwości

 

któryś już raz z rzędu przychodzą święta, obojętnie jakie, a ja muszę pracować. chyba mam już tego dosyć.

...a co by było jakbym tak niespodziewanie przeprawił się na drugi brzeg?

 

wtorek, 25 października 2016
o laniu wody.

studnia, z której potoki wody miernej jakości wylewały się obficie wyschła. i jakoś wciąż nic nie zapowiada, że sytuacja ta miałaby ulec radykalnej zmianie...

piątek, 01 lipca 2016
zdań lepić w składną całość zapomniałem...

 

 

coś się porobiło z moją psyche, że dopiero tercet chłodnych po przegranym meczu, choć fanem futbolu wcale nie jestem sprawia, że coś tam może próbuję sobie pisać...

ewidentna to wina mego lekarza, tego, którym chwalić się nie powinno. może medyka od mej psyche czas mi zmienić skoro obecny potraktował mnie jak intruza i odesłał do psychologa... psycholożki nie będąc zainteresowanym mym przypadkiem. a przecież czuję to na własnej skórze, że coś ze mną nie tak, skoro wszelki entuzjazm ze mnie wyparował nie wiadomo gdzie i kiedy. żyć mi się jakoś już od pewnego czasu wcale nie chce... 

byłem w kołobrzegu na święto dziecka. nie jako jakobym ja był dzieckiem ale ze swoimi dziećmi na to święto i dzięki temu świętu. kilka miłych zmian zauważyłem. molo w nowej szacie. kawiarenka prężnie działająca na mej ulubionej molowej wyspie, brak drażniących mnie zawsze bud z badziewiem na wejściu na molo. fajnie było. rodzinnie. trzypokoleniowo, bo człowiek co latorośle nowo odbijające dają do zrozumienia coraz starszym staje się...

pozostało mi tylko cieszyć się, że zawitam tam, w kołobrzegu na dłużej w listopadzie. dwudziestocztero-dniowy turnus rehabilitacyjny z zusu trafił mi się bowiem jak wygrana w totolotka albo jak ziarko ślepej kurze. wszak kręgosłup mój to obecnie obraz nędzy i rozpaczy. może po takiej rehabilitacji wróci energia do lania wody cebrzykiem małym na łamach idącej wiosny? póki co cieszy mnie bardzo fakt, że na portowej 18 pomieszkać mi przyjdzie dni parę...

 

środa, 16 marca 2016
takie tam tere-fere

 

 

coś mi mówi, że "nasza" frakcja na blogu definitywnie przestała istnieć...

 

czwartek, 03 marca 2016
weekendowy wypad do Schwerin'a

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

kilka zdjęć z zachwycającego mnie niezmiennie swym urokiem schwerińskiego zamku, a dokładnie z ogrodów zamkowych. potrzeba tu nieco wyobraźni by domyślić się jak tu pięknie może być wiosną...

 

wybraliśmy się na parę dni do młodszej latorośli i trochę połaziliśmy. z nami łaziły oczywiście "kłaki", które na jednym ze zdjęć wytropiły kreta. na koniec wycieczki stare miasto i staromiejski ryneczek, gdzie posiedzieliśmy trochę w jednej z cukierni... jakoś tak wyszło dziwnie, że tam zdjęć nie zrobiłem. a zdjęcia z aparatu w moim nowym telefonie. stary odmówił już posłuszeństwa.

i wszystko byłoby pięknie gdyby nie mały błysk na autostradzie w drodze powrotnej. ciekawe na ile wycenią moje osiągi niemiaszkowie...

 

 

 

 

niedziela, 07 lutego 2016
złapało i na glebę rzuciło

 

 

 

   ...obustronne zapalenie oskrzeli.

   No cóż wszak sezon na takowe atrakcje odpowiedni. W ubiegłą środę udałem się na zasłużone L4 i do przyszłej niedzieli mam free. Nie powiem, by mnie to martwiło, wszak fascynatem pracy nie jestem a i nie było ze mną aż tak źle, no ale... bo jakbym w środę nie poszedł, to pewnie byłoby w czwartek lub w piątek tak, że nie byłoby już rady i trzeba by było w trybie pilnym iść uwalić się do wyra.

   Kuruję się a przy okazji oddaję zajęciom czysto relaksacyjnym. Przemyślałem już na przykład jak w tym roku będę realizował swoją letnią altankę i przyległy do niej mostek, czytam sobie Kirsta, którego znów po wielu latach odkopałem a też i w wolnych chwilach gdy w ti-vi nic interesującego nie ma zagłębiam się w ostatni numer polityki...

 


sobota, 30 stycznia 2016
siąpi...

 

 

 

[rain]

 

 

   Należałoby w końcu coś napisać.

   Bo tak jakoś kompletnie odechciało mi się internetu... i ciągle jeszcze nie mam chęci by coś tu "tworzyć".

   Dzisiaj mam wolne no i oczywiście pogoda dopisała. Nie wiosennie a raczej późnojesiennie. Zgnile późnojesiennie. Siedzę nie mając na nic ochoty. Obejrzałem co tylko było do obejrzenia w telewizorze Wołoszańskiego, jakieś tam tematy o hitlerze i o II wojnie światowej, ku niezadowoleniu reszty domowników bo zablokowałem im główny telewizor a na górę nie chciało się im iść.

   Trochę ostatnio pozmieniałem u siebie. Trochę, jeśli chodzi o pracę. Miałem już dość pracy (nie mówiąc o pracy w ogóle) na zmiany, tego najpierw przez cztery dni wstawania o trzeciej w nocy a późnij po dwóch dniach przerwy wracania do domu po północy i zastrzegłem sobie, że pracuję tylko na popołudnia. Zgodnie z moim rytmem biologicznym i z porą jaką mniej więcej zawsze przeznaczałem na tą konieczność. Lepiej mi teraz. Nie chodzę niewyspany, mniej mnie wszystko drażni, sypiam sobie do dziesiątej rano albo jak mnie leń ogarnie i dłużej. Jakoś przez to zabrakło czasu na "wiosnę" a może mi po prostu te grafomańskie zapędy w końcu obrzydły?

   Trochę dzisiaj pobawiłem się ze swoją muzą. Zgrałem jakieś tam płytki Cooltrane'a. Opisałem zgrane wcześniej i rzucone w kąt płyty Pizzarelli'ego i właśnie go sobie przesłuchuję.

   Wartałoby może coś na "wiośnie" wspomnieć choć wcale tam nikt nie zagląda, że to jakaś przerwa jest?

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40